Home O mnie RSS

Wpisy z Hogsmeade.pl

Wakacje…

Były nudne.

Rozwijając myśl, bo i należy, mogę stwierdzić, iż na początku były nawet zajebiaszcze, ale gdzieś tak w połowie wszystko się zjebało. Przynajmniej Wolf przyleciał na pocieszenie.

Pierwsze, prawie 3 tygodnie spędziłem na Podkarpaciu, potem Knock Out Festiwal w Krakowie, powrót do domu, i znów Kraków- urodziny Jagody. Razem z urodzinami odbyła się premiera szóstej części Pottera, którą, jakby nie patrzeć, współorganizowaliśmy pomagając w kinie Kijów-Centrum, gdzie zebraliśmy się o 14:00. Zebraliśmy się, ale jeszcze nie wszyscy- Millka, Czarna i Dżizas pod przywództwem wycertyfikowanego hardkora , czyli Karoliny-Pochwy, pojechali zwiedzać pozwiedzać Kraków i mieli przybyć do kina na umówioną godzinę. Niestety, jak już powiedziałem „nie wszyscy”, bo i się spóźnili pół godziny. A, jeszcze ważka została w bibliotece, by oddać książki i wziąć nowe- tyle, że wróciła nawet przed nimi.

Około godziny 15 poszliśmy do piętrowego autobusu, ale tylko ze stwierdzenia podobnego do słynnego „Błędnego Rycerza”, ponieważ był trochę nowszy i nie jeździł tak, jak ten przed chwilą wspomniany :D Zadowolenie tłumu opadło po krótkiej chwili, kiedy to oznajmiono nam, że póki co, nie możemy wejść na górę- wtf? Śmiem wspomnieć, że był cholerny skwar, bo to chyba najważniejsze w tej opowieści. Po 10 minutach, pani organizatorka i dyrektorka kina udzieliła nam swojej łaski. Wtedy wszyscy uradowaniu wbiegli na górę, żeby po 5 minutach płakać z niemiłosiernego skwaru, gdyż na słońcu było z 50 stopni, a według mnie w tym momencie lepszy nawet zaduch, który był piętro niżej. Po godzinie 16 ruszyliśmy- wow, zobaczcie, ponad, kurwa godzinę. Już przy pierwszym drzewie na Błoniach Potter zaliczył glebę, aczkolwiek jego makieta. Następni w kolejce byli Ron i Hermiona, którzy kolejno byli kładzeni przez obsługę. Zrobiliśmy krótką rundkę robiąc z siebie pajaców i machając do społeczności Krakowskiej. Po tym trudnym zadaniu, wszyscy pobiegli po picie (kupiłem Muszyniankę i pół litrowego Tigera :P ). Wróciliśmy do kina, gdzie część została, ale też część, która tam była, wróciła z nami do autobusu. No i zaczęło się- tym razem był i megafon, a rundka miała trwać dłużej. Przejechaliśmy przez miasteczko akademickie, pod Wawelem, dookoła Plant, pod Krakowską, pod Kazimierz, wszędzie, gdzie tylko byli ludzie. Obsługa poddała się gdzieś w połowie, bo „macie lepsze pomysły” i megafon, który był już u nas dwa razy, wrócił do rąk nawołującej Karoliny na stałe. My natomiast, śpiewaliśmy pieśni, wykrzykiwaliśmy przyśpiewki, machaliśmy do ludzi. Po ponad godzinie autobus wrócił na swoje miejsce, skąd ja z Jagodą wysiedliśmy, za to wrócili Ci z pierwszej pół-rundki. Siedzieliśmy w kinie ponad godzinę, gdzie wpadliśmy na pomysł, żeby obejrzeć np. Zakon Feniksa, lecz do tego niestety nie doszło. W międzyczasie tamci wrócili, bo i Millka do nas przyszła- chcieliśmy iść na ostatni raz, gdyż ten miał nim być. Zadzwoniliśmy do Czarnej, żeby poczekali 2 minuty. W międzyczasie dotarł tam Mikołaj, który nie wiedział o naszych planach i powiedział, że nikt więcej, więc, gdy dotarliśmy w miejsce postoju, autobusu już nie było :| . Gdy wróciła reszta, nie obeszło się bez opierdolu :D . Wszyscy rzucili się by usiąść, odpocząć, bo minęły 4 godziny, 5 jeszcze do premiery, a wszyscy zdychają. W międzyczasie poszliśmy z Jagodą schować laptopa, którego wcześniej wyjęliśmy z zamiarem obejrzenia piątej części. Idąc do sali konferencyjnej, gdzie trzymaliśmy z Dżizasem plecaki, natknęliśmy się na stertę plakatów z autobusu, które beztrosko leżały na ziemi. Doszliśmy do wniosku, że można by jakiś zwinąć, co zrobiła Jagoda, gdy już zostawiłem laptopa. Schowała go pod szafkę, ale nie byle plakat, tylko największy, jaki był. Wróciliśmy (znów gdzieś) do kawiarni, gdzie Karolina jadła już sałatkę, którą zamówiła sobie też po chwili Jagoda również, a więc i ja- Tortillę. Po zjedzeniu, skąd Dżizas z Ważką poszli na miasto, doszliśmy do wniosku, że idziemy na zakupy, po czym udaliśmy się do ukochanego, małego sklepiku, gdzie kupiliśmy następujące rzeczy: chleb, masło czosnkowe (bo małe), pasztet, 2 opakowania serków Hochland i 2 twarożki wiejskie. Wróciliśmy do kina, wpierdoliliśmy się pod salę studyjną, gdyż tam była fajna miejscówa i wpierdalaliśmy :D . Najpierw tylko 4 osoby, potem zeszli się wszyscy i każdy chciał jeść. W międzyczasie obsługa kina, z którą jeździliśmy autobusem mijała nas kilka razy i życzyła smacznego :P . Postanowiliśmy się wbić na następny film do sali studyjnej- tzn. oni, ja byłem przeciw, gdyż uważałem, że pani, która wpuszcza i wypuszcza, kapnie się, iż… no właśnie. Darowali sobie jednak, uff, na szczęście (imho). Wszyscy poszliśmy strugać świeczki xD. No ok, tylko ja strugałem, żeby się ładnie trzymały na świecznikach. Zostały jeszcze 3 godziny… Zaproponowano nam, byśmy udali się z boku kina do pseudo-baru, gdzie puszczano właśnie jakiś film. Okazało się, że niestety trafiliśmy na głupią, amerykańską komedię. Wysączyłem w międzyczasie Leszka, i po godzinie zwinęliśmy częściowo manatki, gdyż uznaliśmy, że to żenada. Zaczęli się schodzić ludzie, było ciekawie. Tu akurat nie mam nic do opowiedzenia, gdyż główną atrakcją był Mikołaj w kiecce. Cykałem zdjęcia, aż  do wpół do dwunastej, po czym wszedłem pod stół i zacząłem machać kapcio-szponami. Wyszedłem za dziesięć, obkupiłem nas w popcorn itd, reszta zaś pomogła Mikołajowi zwinąć stoisko. Weszliśmy na salę i przyszedł czas na konkurs kina, który według mnie okazał się żałosnym, a jeszcze żałośniejszy był pan prowadzący, bo nawet nie umiał wymówić „Potter”, tylko napierdalał „Porter”. Zaczął się film, skończył (wiem, wybitnie opisałem uczucia z nim związane, ale to nie czas i miejsce, by pisać takową recenzję).

Wyszliśmy- padał deszcz. Rozstaliśmy się tak, że Mikołaj uciekł z, wtedy swoją, Kasią, Karolina zabrała Milkę i Czarną, zaś my z Jagodą zostaliśmy z Dżizasem. Znaleźliśmy autobus jadący do Krakowskiej, po czym się okazało, że to ten sam, co jadą nim dziewczyny. Różnica w tym, że my jechaliśmy bez, one z bilecikami. Dojechaliśmy. Pociąg odjeżdżał o 4:50, ale na szczęście wjechał na peron już 4:30. Na szczęście, bo i mogliśmy się przenieść z ławki na peronie 5, na którą przyszliśmy po leżeniu na ławce w Krakowskiej,  do przedziału w pociągu i pierdolnąć wszyscy razem. 4:45 Jagoda sobie poszła, no i zostaliśmy… Ja, Dżizas i pusty przedział- coś boskiego. Wszystko było pięknie, kij tam, że co 30 minut się budziłem na zmianę strony, bo drętwiała ręka. Niestety w Radomiu wszystko się zmieniło- wsiadła cipa, ze 25 lat. Oczywiście musiała usiąść u mnie, nie u Dżizasa, gdzie ten się wtedy do mnie uśmiechnął, a ja miałem ochotę go pierdolnąć. Więc siedzę. Siedzę. Wyszła. Siedzę dalej- minęło ze 20 minut to doszedłem do wniosku, że się położę. Położyłem się, a po 5 minutach krowa do mnie: „przepraszam, ale ja nie będę siedzieć w pana skarpetach”. Na co ja z wyrzutami sumienia, że śmiałem się znów położyć: „okej, nie ma problemu, już wstaję”. Czułem się tylko bardziej poszkodowany przez fakt, że idiotka trzymała bagaże na siedzeniu, także jeszcze mniej miejsca- tak, bym ją jakoś uprosił o możliwość położenia się. 9:00, 44 minuty do warszawy, miejsca naszej wysiadki- wchodzi pani kontroler biletów. Sprawdza nam, jej, na co ona: „przepraszam, czy ja siedzę w dobrym miejscu?”. Cóż, zadziwiło mnie to pytanie, chociaż z drugiej strony wcale się nie dziwie- obaj śmierdoliliśmy, jak bezpańskie psy. Oczywiście nie spodziewałem się też cudów, ale… „hmm, ma pani wpisany wagon 15, ale to jest wagon 10 proszę panią”. W tym momencie odczułem potrzebę wyzwolenia ze mnie złości poprzez rzucenie się na idiotkę (w sumie to ciacho była ~~).  Tak więc moje spanie na 2,5 godziny zostało przerwane przez idiotkę, która pomyliła wagon, nie przedział. Dojechaliśmy do Warszawy-Zachodniej, poszliśmy na perony dla autobusów i po chwili podjechał nasz Komfort do Bydgoszczy, przez Płock. Poprosiłem Dżizasa o poduszkę, który chwilę wcześniej mi oznajmił, że się wyspał (za co dostał kopa) i spałem aż po Płock. W Płocku zgarnął nas Maurentis (;) Michał, brat Dżizasa) i opowiadał, jak to przez wichury „zmieniła się mapka” Płocka. Podrzucił mnie, pożegnaliśmy się i hej, tak skończyły się moje wakacje.

Od tamtego czasu opierdalam się:

- wypieściłem laptopa Jagody, aż w trakcie zmiany dysku na nowy, zakupiony się zepsuł, a pan z Della określił koszt naprawy na 1663zł;

- katuję w W3TFT, a dokładniej DotA-Allstars z Danielem (http://ghost.dlagraczy.pl);

- wydałem TFSa i patcha, ciągle poprawiam bugi (standard życia codzinnego);

- poprawiłem wiele rzeczy na Wypasie, aż ostatecznie nastąpił tam reset postaci.

Oczywiście to nie wszystko, bo bywałem na działce w Grabinie, spotkałem się z Jagodą w Warszawie, przeżyłem (jakoś) wizytę Banaha i Scorpa (na którą przybył też Yestuge z Crisem) i doczekałem dziś, 2 dni po 18stce Dżizasa (na które kupiliśmy mu lalkę). Od połowy czasu w podbojach towarzyszył mi Wolf, który zresztą złożył się ze mną na prezent dla Dżizasa. W międzyczasie wróciłem na Hogsmeade, gdzie przyciągnał mnie sentyment i przepisałem też usługi DotPay na sprawdzane kodów u nich, aby nie musieć dodawać kodów ręcznie. Ostatecznie zainwestowałem czas na utworzenie DaoPay i pieniądze na reklamę. W sumie dopiero wczoraj DotPay zaakceptowało mi usługi, lol. Teraz natomiast „idę” wrzucić DaoPay i uruchomić owe reklamy w game-advertising-online.com. Za tydzień koniec wakacji, a ja muszę się wykąpać.