Nie przywykłem do wpisywania się z tak dużą częstotliwością, zwłaszcza w jednym miejscu…
Cóż, do tego wpisu zachęcił mnie pewien filmik oraz poczucie potrzeby wyrażenia kondolencji Steve’owi Jobsowi.
Nie będę tak jak każdy zaśmiecał sobie tablicy „na fejsie”, a przynajmniej nie tak zwyczajnie. Otóż na tablicy wyląduje ten wpis w formie share’a- ba, reklama być musi.
Przechodząc do sedna… Dziś, a właściwie wczoraj, chociaż kto ich wie kiedy…
Ekhm, ok. Umarł jeden z ludzi, którzy przyczynili się do tego, co dzisiaj mamy- komputerów i internetu w takiej, a nie innej formie.
Steve Jobs był wielkim wizjonerem, sprzedawcą, człowiekiem z pomysłem na życie swoje, jak i całego świata.
Niezmiernie mi przykro z tego powodu, bo nie wiadomo jak bez tego człowieka potoczą się dalsze losy firmy.
Fakt, nie jest niezastąpiony jako człowiek, ale gdyby za 5 lat zdarzyła się sytuacja, że Apple się podłamie niczym 20 lat temu, na pewno padną słowa „brakuje nam Steve’a”.
Kondolencje dla rodziny Jobs’ów.
A teraz ten durny, w dodatku stary, jak świat filmik, o którym nawet nie wiedziałem.
…czyli inaczej mówiąc, reanimuje swojego bloga
Na początek małe odświeżenie w formie zaległych aktualizacji. Zmiana stajla, modernizacje wtyczek. I wuala, mam to co mam.
Opowiadać co się działo w moim życiu przez te dwa lata nie będę, bo wywód byłby na kilka godzin czytania.
W skrócie ujmę to tak: było nudno, niebezpiecznie, pikantnie, ryzykownie, pondato źle, dobrze, kolorowo, miło, niemiło i przede wszystkim na torbach, poza krajem.
Teraz mieszkam w wymarzonym miejscu- w Krakowie. Ba, nie samo miasto jest boskie, ale również moja współlokatorka i mieszkanie. Ponadto jeżdżę autem również swoich marzeń- Cougarem.
Konkretnego nie robię nic na aktualną chwilę, ponieważ dopiero co tak naprawdę tu zamieszkaliśmy (dziś mija tydzień). Jednakże ruszam i to pełną parą.
Stąd i pomysł na reaktywację- ok, tak naprawdę to zmotywował mnie Mikołaj (@geekchudnie.pl), choć ja chudnąć (publicznie) nie będę.
Po co ta farsa? Aby móc bardziej aktywnie opisywać moje poczynania zarówno w sieci, jak i poza nią.
Co do moich starych wpisów to pozostawiam je tylko i wyłącznie dlatego, że byłoby tu pusto bez nich.
PS. Dziś uciąłem sobie dość fest środkowego palca u lewej dłoni. Tasakiem, chińskim, gdy go chwyciłem za ostrze, a on miał mi posłużyć do posiekania cebuli podczas szykowania obiado-kolacji.
Otóż dzisiaj miałem okazję spotkać się z problemem niedziałającego hamachi na 64 bitowych systemach operacyjnych Linux. Zacznijmy od tego, że problemy były dwa.
1. Tzw. problem „If commands have no output”, który może występować z dwóch przyczyn.
a) Hamachi jest aplikacją 32 bitową i wymaga bibliotek 32 bitowych. Aby obejść to, nawiążę do mojego starego wpisu nt. Tibii- getlibs. Link do pobrania skryptu: klik, natomiast paczuszka .deb (instalacja poprzez dpkg -i nazwa.deb) tutaj.
b) Nie posiadamy wymaganych bibliotek. W tym wypadku nie będę się rozpisywał- oto link do poradnika od samych twórców: klik.
2. „tap: bad response 06000000″, czyli błąd tap- oby na pewno?
Niestety, ale nie. Ten błąd również powoduje nasza 64 bitowa architektura systemu- a dokładniej długość ‘long’. Podkreślę tutaj, że występuje on wyłącznie, gdy sami kompilujemy tuncfg. Prostę rozwiązanie, które znalazłem na blogu pewnego japończyka- znajdujemy:
Po wielu namysłach, 3 dniach obczytywania setek stron z opiniami, poradami i trickami udało mi się przenieść nasz serwer na boskiego nginxa (wahałem się jeszcze między lightym, ale doszedłem do wniosku, że jeżeli ten ruski program jest jak wódka, to musi być naprawdę mocny).
I wuala, o to jest nginx 0.8.22 biegający z fastcgi poprzez php-fpm 0.6 (php-5.2.11). Jakie z tego plusy? Load -1.0, 2gb ramu freed, strony się ładują zdecydowanie szybciej i co ciekawe- jest to widzialne gołym okiem!
Trochę z tym zeszło, najdłużej na nastrajaniu templates dla ispCP, bo dodam, że właśnie mam pełne wsparcie Choć najbardziej zabolało, kiedy domain-manager odmawiał przez pół dnia współpracy i gówno mówił w logu. Ostatecznie wszystko działa super bez utraty jakichś ważnych elementów- jedynie htgroup i htpasswd z panelu, ale to z powodu braku authz_groupfile w nginxie. Uważam też, że nginx lepiej obsługuje trzy access_logi na domenę jednocześnie niż ispCP Poza tym, Dulin próbował na cacku Slowlorisa i co? M-i-o-d-z-i-o. Nawet nie poczuwszy
Rozwijając myśl, bo i należy, mogę stwierdzić, iż na początku były nawet zajebiaszcze, ale gdzieś tak w połowie wszystko się zjebało. Przynajmniej Wolf przyleciał na pocieszenie.
Pierwsze, prawie 3 tygodnie spędziłem na Podkarpaciu, potem Knock Out Festiwal w Krakowie, powrót do domu, i znów Kraków- urodziny Jagody. Razem z urodzinami odbyła się premiera szóstej części Pottera, którą, jakby nie patrzeć, współorganizowaliśmy pomagając w kinie Kijów-Centrum, gdzie zebraliśmy się o 14:00. Zebraliśmy się, ale jeszcze nie wszyscy- Millka, Czarna i Dżizas pod przywództwem wycertyfikowanego hardkora , czyli Karoliny-Pochwy, pojechali zwiedzać pozwiedzać Kraków i mieli przybyć do kina na umówioną godzinę. Niestety, jak już powiedziałem „nie wszyscy”, bo i się spóźnili pół godziny. A, jeszcze ważka została w bibliotece, by oddać książki i wziąć nowe- tyle, że wróciła nawet przed nimi.
Około godziny 15 poszliśmy do piętrowego autobusu, ale tylko ze stwierdzenia podobnego do słynnego „Błędnego Rycerza”, ponieważ był trochę nowszy i nie jeździł tak, jak ten przed chwilą wspomniany Zadowolenie tłumu opadło po krótkiej chwili, kiedy to oznajmiono nam, że póki co, nie możemy wejść na górę- wtf? Śmiem wspomnieć, że był cholerny skwar, bo to chyba najważniejsze w tej opowieści. Po 10 minutach, pani organizatorka i dyrektorka kina udzieliła nam swojej łaski. Wtedy wszyscy uradowaniu wbiegli na górę, żeby po 5 minutach płakać z niemiłosiernego skwaru, gdyż na słońcu było z 50 stopni, a według mnie w tym momencie lepszy nawet zaduch, który był piętro niżej. Po godzinie 16 ruszyliśmy- wow, zobaczcie, ponad, kurwa godzinę. Już przy pierwszym drzewie na Błoniach Potter zaliczył glebę, aczkolwiek jego makieta. Następni w kolejce byli Ron i Hermiona, którzy kolejno byli kładzeni przez obsługę. Zrobiliśmy krótką rundkę robiąc z siebie pajaców i machając do społeczności Krakowskiej. Po tym trudnym zadaniu, wszyscy pobiegli po picie (kupiłem Muszyniankę i pół litrowego Tigera ). Wróciliśmy do kina, gdzie część została, ale też część, która tam była, wróciła z nami do autobusu. No i zaczęło się- tym razem był i megafon, a rundka miała trwać dłużej. Przejechaliśmy przez miasteczko akademickie, pod Wawelem, dookoła Plant, pod Krakowską, pod Kazimierz, wszędzie, gdzie tylko byli ludzie. Obsługa poddała się gdzieś w połowie, bo „macie lepsze pomysły” i megafon, który był już u nas dwa razy, wrócił do rąk nawołującej Karoliny na stałe. My natomiast, śpiewaliśmy pieśni, wykrzykiwaliśmy przyśpiewki, machaliśmy do ludzi. Po ponad godzinie autobus wrócił na swoje miejsce, skąd ja z Jagodą wysiedliśmy, za to wrócili Ci z pierwszej pół-rundki. Siedzieliśmy w kinie ponad godzinę, gdzie wpadliśmy na pomysł, żeby obejrzeć np. Zakon Feniksa, lecz do tego niestety nie doszło. W międzyczasie tamci wrócili, bo i Millka do nas przyszła- chcieliśmy iść na ostatni raz, gdyż ten miał nim być. Zadzwoniliśmy do Czarnej, żeby poczekali 2 minuty. W międzyczasie dotarł tam Mikołaj, który nie wiedział o naszych planach i powiedział, że nikt więcej, więc, gdy dotarliśmy w miejsce postoju, autobusu już nie było . Gdy wróciła reszta, nie obeszło się bez opierdolu . Wszyscy rzucili się by usiąść, odpocząć, bo minęły 4 godziny, 5 jeszcze do premiery, a wszyscy zdychają. W międzyczasie poszliśmy z Jagodą schować laptopa, którego wcześniej wyjęliśmy z zamiarem obejrzenia piątej części. Idąc do sali konferencyjnej, gdzie trzymaliśmy z Dżizasem plecaki, natknęliśmy się na stertę plakatów z autobusu, które beztrosko leżały na ziemi. Doszliśmy do wniosku, że można by jakiś zwinąć, co zrobiła Jagoda, gdy już zostawiłem laptopa. Schowała go pod szafkę, ale nie byle plakat, tylko największy, jaki był. Wróciliśmy (znów gdzieś) do kawiarni, gdzie Karolina jadła już sałatkę, którą zamówiła sobie też po chwili Jagoda również, a więc i ja- Tortillę. Po zjedzeniu, skąd Dżizas z Ważką poszli na miasto, doszliśmy do wniosku, że idziemy na zakupy, po czym udaliśmy się do ukochanego, małego sklepiku, gdzie kupiliśmy następujące rzeczy: chleb, masło czosnkowe (bo małe), pasztet, 2 opakowania serków Hochland i 2 twarożki wiejskie. Wróciliśmy do kina, wpierdoliliśmy się pod salę studyjną, gdyż tam była fajna miejscówa i wpierdalaliśmy . Najpierw tylko 4 osoby, potem zeszli się wszyscy i każdy chciał jeść. W międzyczasie obsługa kina, z którą jeździliśmy autobusem mijała nas kilka razy i życzyła smacznego . Postanowiliśmy się wbić na następny film do sali studyjnej- tzn. oni, ja byłem przeciw, gdyż uważałem, że pani, która wpuszcza i wypuszcza, kapnie się, iż… no właśnie. Darowali sobie jednak, uff, na szczęście (imho). Wszyscy poszliśmy strugać świeczki xD. No ok, tylko ja strugałem, żeby się ładnie trzymały na świecznikach. Zostały jeszcze 3 godziny… Zaproponowano nam, byśmy udali się z boku kina do pseudo-baru, gdzie puszczano właśnie jakiś film. Okazało się, że niestety trafiliśmy na głupią, amerykańską komedię. Wysączyłem w międzyczasie Leszka, i po godzinie zwinęliśmy częściowo manatki, gdyż uznaliśmy, że to żenada. Zaczęli się schodzić ludzie, było ciekawie. Tu akurat nie mam nic do opowiedzenia, gdyż główną atrakcją był Mikołaj w kiecce. Cykałem zdjęcia, aż do wpół do dwunastej, po czym wszedłem pod stół i zacząłem machać kapcio-szponami. Wyszedłem za dziesięć, obkupiłem nas w popcorn itd, reszta zaś pomogła Mikołajowi zwinąć stoisko. Weszliśmy na salę i przyszedł czas na konkurs kina, który według mnie okazał się żałosnym, a jeszcze żałośniejszy był pan prowadzący, bo nawet nie umiał wymówić „Potter”, tylko napierdalał „Porter”. Zaczął się film, skończył (wiem, wybitnie opisałem uczucia z nim związane, ale to nie czas i miejsce, by pisać takową recenzję).
Wyszliśmy- padał deszcz. Rozstaliśmy się tak, że Mikołaj uciekł z, wtedy swoją, Kasią, Karolina zabrała Milkę i Czarną, zaś my z Jagodą zostaliśmy z Dżizasem. Znaleźliśmy autobus jadący do Krakowskiej, po czym się okazało, że to ten sam, co jadą nim dziewczyny. Różnica w tym, że my jechaliśmy bez, one z bilecikami. Dojechaliśmy. Pociąg odjeżdżał o 4:50, ale na szczęście wjechał na peron już 4:30. Na szczęście, bo i mogliśmy się przenieść z ławki na peronie 5, na którą przyszliśmy po leżeniu na ławce w Krakowskiej, do przedziału w pociągu i pierdolnąć wszyscy razem. 4:45 Jagoda sobie poszła, no i zostaliśmy… Ja, Dżizas i pusty przedział- coś boskiego. Wszystko było pięknie, kij tam, że co 30 minut się budziłem na zmianę strony, bo drętwiała ręka. Niestety w Radomiu wszystko się zmieniło- wsiadła cipa, ze 25 lat. Oczywiście musiała usiąść u mnie, nie u Dżizasa, gdzie ten się wtedy do mnie uśmiechnął, a ja miałem ochotę go pierdolnąć. Więc siedzę. Siedzę. Wyszła. Siedzę dalej- minęło ze 20 minut to doszedłem do wniosku, że się położę. Położyłem się, a po 5 minutach krowa do mnie: „przepraszam, ale ja nie będę siedzieć w pana skarpetach”. Na co ja z wyrzutami sumienia, że śmiałem się znów położyć: „okej, nie ma problemu, już wstaję”. Czułem się tylko bardziej poszkodowany przez fakt, że idiotka trzymała bagaże na siedzeniu, także jeszcze mniej miejsca- tak, bym ją jakoś uprosił o możliwość położenia się. 9:00, 44 minuty do warszawy, miejsca naszej wysiadki- wchodzi pani kontroler biletów. Sprawdza nam, jej, na co ona: „przepraszam, czy ja siedzę w dobrym miejscu?”. Cóż, zadziwiło mnie to pytanie, chociaż z drugiej strony wcale się nie dziwie- obaj śmierdoliliśmy, jak bezpańskie psy. Oczywiście nie spodziewałem się też cudów, ale… „hmm, ma pani wpisany wagon 15, ale to jest wagon 10 proszę panią”. W tym momencie odczułem potrzebę wyzwolenia ze mnie złości poprzez rzucenie się na idiotkę (w sumie to ciacho była ~~). Tak więc moje spanie na 2,5 godziny zostało przerwane przez idiotkę, która pomyliła wagon, nie przedział. Dojechaliśmy do Warszawy-Zachodniej, poszliśmy na perony dla autobusów i po chwili podjechał nasz Komfort do Bydgoszczy, przez Płock. Poprosiłem Dżizasa o poduszkę, który chwilę wcześniej mi oznajmił, że się wyspał (za co dostał kopa) i spałem aż po Płock. W Płocku zgarnął nas Maurentis (;) Michał, brat Dżizasa) i opowiadał, jak to przez wichury „zmieniła się mapka” Płocka. Podrzucił mnie, pożegnaliśmy się i hej, tak skończyły się moje wakacje.
Od tamtego czasu opierdalam się:
- wypieściłem laptopa Jagody, aż w trakcie zmiany dysku na nowy, zakupiony się zepsuł, a pan z Della określił koszt naprawy na 1663zł;
- katuję w W3TFT, a dokładniej DotA-Allstars z Danielem (http://ghost.dlagraczy.pl);
- wydałem TFSa i patcha, ciągle poprawiam bugi (standard życia codzinnego);
- poprawiłem wiele rzeczy na Wypasie, aż ostatecznie nastąpił tam reset postaci.
Oczywiście to nie wszystko, bo bywałem na działce w Grabinie, spotkałem się z Jagodą w Warszawie, przeżyłem (jakoś) wizytę Banaha i Scorpa (na którą przybył też Yestuge z Crisem) i doczekałem dziś, 2 dni po 18stce Dżizasa (na które kupiliśmy mu lalkę). Od połowy czasu w podbojach towarzyszył mi Wolf, który zresztą złożył się ze mną na prezent dla Dżizasa. W międzyczasie wróciłem na Hogsmeade, gdzie przyciągnał mnie sentyment i przepisałem też usługi DotPay na sprawdzane kodów u nich, aby nie musieć dodawać kodów ręcznie. Ostatecznie zainwestowałem czas na utworzenie DaoPay i pieniądze na reklamę. W sumie dopiero wczoraj DotPay zaakceptowało mi usługi, lol. Teraz natomiast „idę” wrzucić DaoPay i uruchomić owe reklamy w game-advertising-online.com. Za tydzień koniec wakacji, a ja muszę się wykąpać.
Ostatnio się zastanawiam, co ja komu złego zrobiłem? x_x W szkole codziennie dostaję opieprz- ok, zasłużyło mi się, ale nawet „mój komputer” i wszystko, co związane z pracą mnie nie lubi.
Bodajże we Wtorek zainstalowałem sobie nowe Ubuntu, 9.04 (Jaunty Jackalope) jeszcze w devel~ stage. Ku mojemu nie-zdziwieniu, w Środę Jagódka zrobiła to samo- ba, nie chce być do tyłu :>. Niestety w czwartek już nie mogła uruchomić. Jak przystało na dżentelmena, pomogłem jej telefonicznie naprawić, bo jak się okazało, zrobiła upgrade bez dist-upgrade (kernel w plecy, starsze gdm, itd). Zadziałało, niestety tylko na chwilę, bo skończyło się niewytłumaczalnym błędem, którym mogę się zająć dopiero, jak będę miał maszynę w moich rękach. Co za tym stoi- do zobaczenia beztroskie wieczorki na przynajmniej 3 tygodnie, bleh…! No nic, jakoś przeżyjemy.
I tu przejdę do monotonnej historii, ale… w piątek przyszedł czas na mnie- skutek konwersji ext3 na ext4, stary GRUB. Próbowałem wszystkiego, aż doszło do ostateczności- płytka LiveCD. Ha, oczywiście znów na przeciw, bo Hardy (8.04) nie chciał czytać EXT4- więc ściagamy nowe ISO. Wybrałem daily build 9.04, w dodatku amd64 (wreszcie pełne użycie moich kingstonowych kostek ^^), lecz dopiero potem sobie zdałem sprawę, że przecież ja nie mam pustych płyt- tu znowu mi się udało, ponieważ odkopałem skądśtam jakieś cudo na kiju, które nawet zadziałało. Wypaliłem, odpaliłem, spierdoliłem. 4 godziny siedziałem nad każdą możliwą opcją, aż ponownie przekonwertowałem, e2fschk, i poff, dysk do formatu. Po kilku próbach, skisłem zaś na GParted, które, jak i zarządzanie partycjami podczas instalacji nie chciało działać. Płytka Windowsa, format do NTFS, ponowne uruchomienie- GParted zaskoczył po długim oczekiwaniu z błędem /dev/sda5 (dysk ze wszystkim). Podzieliłem sobie na nowo partycje (obcinając jeszcze partycję z Windowsem o 1GB żeby zrobić oddzielne EXT3 dla /boot na wszelki wypadek), sformatowałem, wuala. Odpalam instalacje- zacina się przy partycjach- japierdole! Wróciłem do GParted, czytam błędy /dev/sda5: uruchom windowsa i uruchom chkdsk /f litera_dysku:. Windowsa? I tu zaśmierdziałem noobem, bo byłem pewien, że o Windowsie mogę zapomnieć, ze względu na bootloader GRUBa, który odnosi się do nieistniejącej partycji. Po nędznych poszukiwaniach, postanowiłem spróbować uruchomić Windowsa i oczywiście, że mi się uruchomił (hail me). Sprawdziłem dysk, wróciłem do instalacji, a tu bah, dalej to samo. Zdesperowany zacząłem wyłapywać jakieś znaki z listy procesów i znalazłem ntfsresize co od raz zabrzmiało dziwnie, a co więcej, było dla dysku /dev/sda5. W pierwszym momencie się przestraszyłem, ale wywołałem polecenie, które w rzeczywistości nie było szkodliwe. Znów poprosiłem ntfsresize, tyle, że teraz z parametrami takimi, jakie podaje instalator- przeskoczyło. Znów zostałem skazany na poszukiwania w internecie. Po krótkim czasie znalazłem denne obejście- zmienić nazwę /usr/sbin/ntfsresize. pomyślało mi się: no ta, to jeszcze wywali błąd, że brakuje pliku i bye, ale postanowiłem spróbować, gdyż nic innego nie pozostało. Yeah, działa, instaluje- Input/Output error- _o_. Umierający śmiercią tragiczną, zrestartowałem całość z nadzieją, że to po prostu już brak RAMu (co mi się zdarzyło podczas poszukiwań w terminalu- żadna komenda nie działała). Miałem rację, bo po ponownej konfiguracji udało się zainstalować. Ku mojemu zdziwieniu wyskoczył nowy wygląd okna logowania skórki Human, który od razu mi przypadł do gustu, a wcześniej nie widziałem, bo miałem swój. Minęły 4 godzinki i system powiem, że prawie „jak stary” Brakuje bowiem jeszcze kilkuset bibliotek (xD), które używałem do pracy, jak i codziennych rzeczy (boost, java, wine, apache2, mysql, postgre).
Kolejną rzeczą, którą dziś opiszę, ale nieco krócej, jest Polchat 3.0, który na szczęście, ostatnio już dostaliśmy. Cóż, kij, że deadline został przekroczony o 10 miesięcy… Tak czy siak, w pewnym sensie warto było czekać, ponieważ dostaliśmy NS (nick-server) wraz z RS (room-server), czyli to, co ma sam polchat.pl do obsługi pokoi użytkowników, a to gigantyczny plus. Niestety musieliśmy usunąć wszystkie zarejestrowane nicki oraz operatorów, czego wcześniej nie chciałem robić, a nawet byłem gotów zrezygnować z RSa, gdyż w naszym poprzednim NSie kodowanie haseł odbywało się algorytmem MD5 (co było lamersko wszczepione), a na hasła plain po prostu nie mogłem sobie pozwolić, chociażby z powodu bezpieczeństwa. Ostatecznie, jak już napisałem, zrobiłem to, ponieważ nowy NS został wyposażony w kodowanie haseł, tyle, że MySQL OLD_PASSWORDs. Poprawiłem w kilku miejscach stronę, przy okazji naprawiając inne błędy i jak widać- działa. Następnym plusem jest fakt, iż applet nie crashuje mi już przeglądarki na *nixach- kool, ale pojawil się też minus- znów nam znikają operatorzy w pokojach (co postaram się naprawić…). W sumie to tyle jeśli chodzi o Kliknij.org.
Na koniec wspomnę coś, co w trakcie tych trzech ciężkich, bo i szkoła od 8 do 16:05 oraz 8:55 do 15:15, bardzo mi dokuczało. Tak, chodzi o WypasOTS, który dał się we znaki, ale też z mojej winy, ponieważ nie aktualizowałem silnika przez dłuższą chwilę, a co za tym stoi? Nie sprawdziłem stabilności tego, co dodałem lub naprawiłem…
Czwartek – pół dnia wyłączone, bo pełno crashów; piątek – ludzie padając, nic nie tracili; sobota – powtórka z czwartku. Ostatecznie udało mi się naprawić… godzinę temu (pozdro Basia, Iwonka i Ssączy wyciskacz ; D!). Oczywiście nawet to nie obeszło się bezboleśnie, bo i Tibia Linux Client nie chciał się kochać z AMD64, ale o tym opowiem może jutro, tj. krótki poradnik, bo dziś nie mam siły.
aloha
PS. Nie miałem już gdzie wlepić, że w trakcie którychś poszukiwań, wpadłem do sklepu Canonical.com i postanowiłem sobie zamówić w przyszłym tygodniu bluzę i/lub polar z boskim logiem Ubuntu xD
EDIT: Jak widzę, wpis ukazał się już 8 Marca, więc z tego miejsca chciałbym złożyć życzenia wszystkim kobietom: WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO PANIE I PANIENKI ! (oraz Piotrek1447 xd).
Stało się, wreszcie się zmobilizowałem do ukończenia portalu DlaGraczy.pl. Niestety, nie stało się to według wzoru (i tu pozdrawiam Szweda, który w poprzedni layout włożył 200zł ), ale lepiej, niż bym się spodziewał. Zaczęło się tak, że zacząłem się bawić z Masiarem nad OTcentrum, ale gdy się zmył, zacząłem przeglądać szablony dla vBulletina. Znalazłem dość fajnego, umówiłem się z Honeoyem i przesłałem mu pliki. Wtedy to właśnie wpadłem na pomysł, by jeszcze aktualizować sam silnik forum do najnowszej wersji, czyli 3.8.1. Napisałem więc do Talaturena o nową, z obciętą licencją (tzn. usunął on ze plików numery swojej licencji, po czym ja wprowadziłem swoją, ale to później) wersję, gdyż Szwed przyjechał na weekend do Polski i nie miałem z nim kontaktu, a to właśnie on posiada dostęp do panelu vBulletina. Aktualizowałem forum, wszystko bomba, nawet mi wywaliło co do tej pory zmieniałem w starym szablonie, więc instalacja nowego wydawała się dziecinnie prosta. Męczyliśmy się ze Honeoyem nad całością 15 godzin, ale o 5 rano skończyliśmy. Zmieniłem wygląd główny, ustawiłem użytkownikom, spać. Po krótkim śnie, choć, no dobra, 6 godzinnym, wstałem, wykonałem podstawowe czynności człowieka po spaniu (choć ledwo mówiłem z powodu choroby) i wpadłem na pomysł, że oprę wygląd strony o ten forumowy. Zainspirowały mnie do tego 179 pikselowe w szerokości boksy, które to usunąłem wraz z sidebarem forum z oryginalnie pobranego laya. No cóż, pół roku nie bawiłem się CSSem tak, by od 0 napisać layout, ale przyznam, że ani nie znudziło, ani nie zmęczyło mnie to :p Po 5 godzinach pracy, czyli łącznie 20 ukończyłem całość, lecz teraz zostało dopieścić nasze dzieła. Nowe rangi, emotikony, brakujące obrazki, ewentualne napisy i główny napis logo. Właśnie skończyłem, 24 godziny pracy, ale mhm, warto było. Oto wynik końcowy: